Dziś dopadło mnie przeziębienie, co skutecznie zatrzymało mnie w biegu, jaki na co dzień uskuteczniam. No to herbatka w sweterku (zdobycz z Dublina – cleo ltd.), kot adwokacki w mojej torbie na akta i możemy sobie opowiedzieć historię.
Czy można samemu prowadzić swoją sprawę, bez korzystania ze wsparcia adwokata?
Tak, można.
Czy to polecam?
Nie :-).
Ale, żeby pokazać Ci, że moja odpowiedź nie jest oparta o chęć zysku, czy ma na celu „naganianie” klientów opowiem Ci pewną historię.
Ten tytuł to prawie dokładny cytat. Lata temu znajoma mediator opowiadała, jak udała się do sędziów z prośbą o radę w trudnej mediacji rozwodowej z dziećmi w tle. Opowiadała z dużą dozą emocji o sprawie, ale sędziowie nie reagowali. Powtórzyła z ogniem w głosie i nadal nic. W końcu powiedziała – ależ proszę sędziów, tu chodzi o dzieci! I usłyszała – „Ale nie nasze. Te dzieci mają rodziców”.
Zabezpieczenie roszczenia to instytucja, o której warto pamiętać przy składaniu pozwu, ale też w toku postępowania. Długo już pracuję i wydawać by się mogło, że widziałam już wiele i nic mnie nie zdziwi. Błąd. To znaczy widziałam wiele, ale nadal — na szczęście — zdarzają się sytuacje, które wprawiają mnie w osłupienie.
Dowód z raportu detektywa jest wykorzystywany w sprawach rozwodowych coraz częściej. Z usług detektywa korzystają ludzie zamożni, ale coraz częściej także ci o mniej zasobnym portfelu.
Czy raport detektywa w sprawie rozwodowej ma sens?
Och, i tu pojawia się moja ulubiona odpowiedź: to zależy…
Piszę o surogacji ze złości, bo przeczytałam, że koleżanka adwokatka z Wielkiej Brytanii uczestniczy w forum dyskusyjnym w senacie meksykańskim na temat legalizacji surogacji.
Nie, nie zazdroszczę koleżance wyjazdu do Meksyku (no może troszeczkę, bo w Meksyku nie byłam 😉 ), złoszczę się na prawo polskie, że na ten temat milczy. Niestety to, że milczy nie znaczy, że problemu nie ma.
Jest tylko, że zamiatany pod dywan. Wystarczy wpisać w wyszukiwarce hasło surogacja w Polsce. Ja znalazłam oferty w pół sekundy.
Że nielegalne?
No proszę Was!
Z oczywistych powodów nie podam przykładów… Jedynie ktoś naiwny uwierzy, że osoby, które marzą o wychowywaniu dziecka cokolwiek jest w stanie powstrzymać.
Moje doświadczenie zawodowe podszeptuje mi natrętnie, że granice są bardzo płynne…
Dziś chcę napisać o czynniku pozaprawnym. Pracuję już od wielu lat i moja praca — poza rozwiązywaniem problemów prawnych, reprezentacją przed sądem polega też na towarzyszeniu. Od pierwszego kontaktu, kiedy Klient jest zdenerwowany, załamany, zdezorientowany do końca sprawy, czy do rozwiązania problemu.
To dla mnie fascynująca droga.
Czasem moją rolą jest udzielenie wsparcia — nie tego powierzchownego: będzie dobrze. Tego przecież nie wiem, a zawsze uczciwie oceniam sytuację. Takiego głębszego i ludzkiego.
Często posługuję się przykładami, więc i tu opowiem prawdziwą historię obrazująca to, co chcę przekazać.
Prawdziwa historia
Wiele lat temu zgłosiła się do mnie Klientka, cała ubrana na czarno. Rozmawiałam z nią ponad godzinę i — wstyd się przyznać — płakałam z nią równo.
Koniec spotkania był chyba dla Klientki zaskakujący, bo odmówiłam wzięcia sprawy, dopóki się nie pozbiera psychicznie.
Kilka ostatnich dni spędziłam w Bukareszcie. Zostałam zaproszona na konferencję przez International Academy of Family Lawyers (IAFL), co traktuję jako zaszczyt.
Przedstawiłam koleżankom i kolegom adwokatom z różnych krajów najnowsze zmiany w prawie rodzinnym.
Miałam zaszczyt wystąpić w panelu razem z adwokatami z Estonii, Bułgarii, Szwajcarii, Rumunii i Holandii.
Przyznam, że bardzo lubię takie spotkania. To okazja do poszerzenia horyzontów, poznania rozwiązań podobnych problemów w różnych krajach. Do tego rozmowy, nowe znajomości, odświeżenie starych.
Bardzo owocnie spędzony czas.
Reprezentant dziecka
O czym mówiłam?
Po pierwsze o nowej instytucji prawa – reprezentancie dziecka w postępowaniu cywilnym.
Od czasu, kiedy zrobiło się cieplej jeżdżę do pracy na rowerze, ale czasem jednak zdarzy mi się skorzystać z transportu zbiorowego.
Ostatnio przy tej okazji podsłuchałam (rozmowa była dość głośna) refleksji na temat wizyty w domu dziecka.
Usłyszałam, że opowiadający już tam nie pójdzie, bo dzieci go dosłownie oblepiły i nie chciały wypuścić. Żeby była jasność – rozumiem – ale naszła mnie refleksja wyrażona w tytule tego wpisu.
Kto dla kogo?
Jestem człowiekiem i lubię mieć poczucie, że jestem dobrym człowiekiem.
Uważam też, że wiele naszych aktywności służy nam do upewnienia się, że jesteśmy dobrzy. Nie widzę w tym nic złego. Wizyta w domu dziecka ma służyć dzieciom, ale nie ma co ukrywać – może jednak przede wszystkim nam – zwłaszcza, jeżeli ma to być wizyta jednorazowa.
Śmierć dziecka to tragedia. W ostatnim czasie miałam – jak wszyscy – możliwość czytania doniesień medialnych o śmierci Kamilka, ale też ciężkich doświadczeń innych dzieci. W niektórych przypadkach tragedia dziecka na szczęście nie zakończyła się śmiercią.
Nie jestem zainteresowana wprowadzaniem kary śmierci, zaostrzania kar, szukania winnych.
Kary mnie nie interesują nie tylko dlatego, że nie zajmuję się prawem karnym, ale – przede wszystkim – dlatego, że kara jest następcza. A ja jestem zainteresowana zapobieganiem takim tragediom.
Szukaniem winnych też nie jestem zainteresowana, bo winni jesteśmy wszyscy. To może trochę przenośnia, ale prawdziwa.
Dziecko w Polsce
Żyjemy w kraju, w którym dzieci są traktowane jako własność rodziców, a nie są dobrem społeczeństwa. Tak przedmiotowo zresztą dzieci są często jeszcze traktowane w sądzie.
Nie mogę nie dostrzec zmian w tym zakresie na przestrzeni lat mojej pracy w sądzie, ale to zmiany powolne.
Robię to, co lubię. Zawód adwokata nie należy do łatwych, ale daje dużo satysfakcji zwłaszcza, gdy uda się pomóc, rozwiązać czyjś życiowy problem więcej >>